Forum ProFortalicium Strona Główna
 Home    FAQ    Szukaj    Użytkownicy    Grupy    Galerie
 Rejestracja    Zaloguj
Relacje - 1945
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ProFortalicium Strona Główna -> Z innej beczki
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Sonder
PostWysłany: Nie 18:52, 30 Mar 2008 Powrót do góry

Dołączył: 27 Sty 2006

Posty: 517
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Zbrosławice

Witajcie !

Inspirowany tematem "krewni w 1939" zakładam wątek o roku 1945 aby nie robić tam zamętu.
Prosze pisać co na ten temat zaszłyszeliście, kilka osób coś wspomniało o 1945 we wspomnianym wątku, tutaj można to rozwinąć Grey_Light_Colorz_PDT_19

Pozdrawiam
Dawid
Zobacz profil autora
Gość
PostWysłany: Nie 19:24, 30 Mar 2008 Powrót do góry





No. W styczniu Niemcy wiedzieli, że się trzeba będzie bronić. kilku zamieszkało u mojej sąsiadki, babcinej siostrze. W tym domu mieszkała wtedy moja babcia, bo mój dom tedy nie istniał. Więc, Niemcy bronili się na Grobli, a za Mleczną mieli działa, duże, przeciwpancerne. Kiedy ruskie przeszły Grobel, ktoś dał Niemcom cynk że już tu idą. Niemcy ucziekali (mocno strzelając) ulicą przy której stał dom mojej babci, bo to była jedyna droga na zachód w Bieruniu. Kiedy tylko ruskie znalazły się w zasięgu starzłu działa się odezwały. Biły prosto w plac przy domu najbliższym mojej babci. No a potem, jak się Niemcy poddali to przyszedł rusek, oznajmi wolność i gwizdnął ojcu babci złoty zegarek.Póżniej ruskie wywieżli babcię na budowę jakiegoś lotniska w Zgierzowicach czy czymś takim.Tyle to się dowiedziałem od babci.
Pozdrawiam.
ilbelfero
PostWysłany: Nie 20:25, 30 Mar 2008 Powrót do góry

Dołączył: 26 Gru 2007

Posty: 913
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Tychy

Opowieści na temat działalności Krasnoj Armii to ja znowuż znam z innego rejonu - Orzesza. Od rodziny matki. Brali wszystko co było metalowe i błyszczało na złoto. Jeden z nich, kapitan taszczył ze soba walizkę, w której miał to co wyszabrował. Raz ją zostawił pod łóżkiem (kwaterowali u mieszkańców) i wrócił przestraszony, że mu ktoś to pewnie świsnął. Ale nikt tego nie ruszał, bo i po co. Z innych opowieści wojennych pamiętam takie a propos biedy. Nie było na czym smażyć, to używali oleju do maszyn. Aż sam w to z trudem wierzę, ale nie widzę powodu, by mnie matka miała okłamywać. Kiedy nadeszli Ruscy dziadek pracujący na Baildonie pojechał na wschód z jakimiś częsciami maszyn, które Ruscy zwinęli z huty pewnie. Wrócił (to i tak dobrze) kilka miesięcy później.
Zobacz profil autora
Utylizator
PostWysłany: Nie 21:12, 30 Mar 2008 Powrót do góry

Dołączył: 21 Sie 2005

Posty: 664
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Dąbrowa Górnicza

Z relacji mojej babki wiem nie wiele .
Jej brata ruscy przy pomocy wycelowanego mosina "wyzwalali go z roweru" Babki siosta miała sklep więc została z cukru i zeszytów wyzwolona przez wiekszą ilość czerwono amistów żarli cukier graściami ...Dzieci na wsi łapały świerzba przed wojną nikt go nie miał wegług babki. Ogólnie widok nędzy i rozpaczy jakaś łyżka za cholewa buta, oficerowie nie byli w stanie opanować swojego wojska Jeden koleś strzelił do lustra u babki w domu bo zobaczył w nim żołnierza. Niestety babcia pomijała inne epizody w racji tego że było to przed rokiem 89 a ja byłem za mały aby utrzymac jęzor za zębami.
Wydarzenie te miały miejsce w Goląszy Górnej { przed wojną gmina Wojkowice Kościelne powiat Będzin } obecnie gmina Psary
Zobacz profil autora
Gość
PostWysłany: Nie 21:59, 30 Mar 2008 Powrót do góry





Oki, w tym temacie umieszczę całą znaną mi historię II WŚ z relacji rodziny (m.in. dlatego, że nie znam dat).
Zacznę od najciekawszego wątku, związanego z mym Dziadkiem po mieczu. W dniu wybuchu wojny miał 13 lat (rocznik 1926). Gdy osiągnął wiek 16-tu lat zaistniało zagrożenie, że niemcy wywiozą go na roboty etc. By tego uniknąć poszedł w las. Tam wstąpił do oddziału AK, gdzie używał pseudonimu "Murzyn" lub "Czarny" (nie pamiętam dokładnie, ale raczej ten pierwszy). Pierwszy karabin zdobył na niemcach. Okrągły rok spędzał w lesie. Najgorsze były zimy, gdyż mróz i głód był nie do zniesienia (ale latem było wcale znośnie). Zorganizowali kilka udanych akcji, m. in. akcję wysadzenia kilku torów i mostów kolejowych. Podczas jednej z nich wyleciał w powietrze pociąg pełen uzbrojenia. Gdy partyzanci zbierali broń i amunicję, przywlókł się pociąg pełen żołnierzy, który jechał w pewnej odległości za pierwszym składem. Tym sposobem wzięto mego Dziadka do niewoli. Ten jednak wyskoczył w pędzie (skąd?) gdy go przewozili do więzienia i cudem zwiał. Potem był raz jeszcze pojmany, bodajże gdy szedł do rodzinnej wsi. Niemcy chyba nie wiedzieli, że był partyzantem gdyż skierowali go na roboty przy remoncie torów, bez większych przykrości. Ten przy pierwszej możliwej okazji umknął.
W trakcie jednej z akcji został złapany i skierowany do obozu w Majdanku. Był tam jakiś czas (jaki? kiedy?) ale i tak zwiał. Gdy przeprawił się już pode rodzinną wieś przejeżdżał pobliską szosą samochód z oficerami niemieckimi. Ci dostrzegli go na pasie wyciętego lasu (niemcy wycinali las 50 m w głąb, by partyzanci nie podchodzili za blisko; tak a' propos czytałem że w okolicy BCh zrobiły dość dużą akcję w której zrabowali sporo pieniędzy niemcom). Został odesłany do obozu i skierowany do Karnej Kompanii. Szybko jednak zapadł na tyfus i staraniem jakiegoś Polaka został umieszczony w szpitalu. Obok niego na sali szpitalnej leżał starszy mężczyzna. Podczas rozmowy owy mężczyzna wyciągnął od niego, przyczynę z której znalazł się w obozie. Pouczył Dziadka, by ten bez ustanku zwracał się do niego per "wujku". Pewnej nocy obudziły go jakieś szelesty. Zobaczył że sąsiada wyprowadzają jacyś ludzie. Spytał się "co się dzieje, Wujku?". Okazało się że to partyzanci odbijali chorego dowódcę. W ten sposób zabrali i jego.
Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, oddział Dziadka poszedł na odsiecz. Ruskie zatrzymali ich u bram Warszawy, zabrali broń i kopnęli w d..ę, każąc iść precz. Sowieci rekwirowali chłopskie furmanki do przewozu zaopatrzenia. Dnia pewnego zaczepili chłopa z żoną w polu, by ten odwiózł ich do jakiegoś tam miasta. Rolnik chciał dokończyć pracę w polu, więc polecił żonie, by ta odwiozła sałdatów. Ruskie hultajstwo nie czekało długo i zaczeło się podwalać do onej kobiety. Spostrzegli to miejscowi chłopi, którzy sprowadzili oddział Dziadka. Przy pierwszej nadarzającej się okazji poleciały szmaty z bolszewickiego łotrostwa, targane pociskami z partyzanckich luf. Najprawdopodobniej wtedy dziadek zdobył Degtyareva DP-27. Wojna chyliła się ku końcowi, a AK-owcy mieli coraz ciężej. Pewnego razu koledzy z oddziału dorwali młodego komunistę, praktycznie rówieśnika Dziadka, któremu kazali zjeść legitymację członkowską jakiejś partii, poczym zastrzelili go. Wtedy Dziadek postanowił zdezerterować. Gdy wrócił do domu był okrutnie wychudzony i przerażony. Ukrywał się przez bodajże 2 lata na swego rodzaju półce zrobionej z desek położonych na belkach znajdujących się nad wejściem do stodoły. Był tam przykryty słomą i cały czas pod bronią. Z początku niewiele jadł, gdyż ludzie ponoć po wyzwoleniu z obozu najadali się i umierali z przejedzenia. Wychodził wyłącznie wieczorami.
Odbudowywał Warszawę, pracował później w jednostce LWP jako stolarz. Zmarł na raka w roku 1994...
Inne historie z okolicy rodzinnej wsi Dziadka i Babci:
We wsi mieszkał pewien kapuś, którego nazwiska ujawniać nie będę by nie hańbić go w obliczu historii - karę wymierzyli mu rodacy. Zakapował dla niemców, że we wiosce jest ukryta broń. Przyjechało Gestapo i jacyś tam żołnierze lub milicjanci. Po przeszukaniu wioski i znaleźli karabin. Powiedzieli że rozstrzelają co 10 mieszkańca wsi, jeśli właściciel się nie przyzna. Ony kapuś wiedział kto jest właścicielem i zaczął go namawiać, by się przyznał. Obiecywał mu, że niemcy przyleją mu kijem, ale życie darują. Przyznał się. Gestapowcy na oczach całej wsi kazali mu biec w stronę lasu. Puścili do niego 3 serie z automatu w plecy i zabili na miejscu. Po jakimś czasie do wspomnianego kapusia zapukało kilku panów wieczorową porą. Mimo jęków żony kapusia założyli mu koce na głowę i wywlekli na polę, gdzie rozstrzelali łotra.
Razu pewnego kilku chłopców bawiących się na polu wywołało ogromne poruszenie, gdyż niemcy widząc kilka postaci na drzewach myśleli, że to foregarda sowietów obserwuje okolicę. Chłopi zwąchawszy co się dzieje, zabrali dzieci do zagrody, a przed wściekłymi niemcami udawali Greków.
W pobliskim mieście stoi murowany, neogotycki kościół z wysoką wieżą. Pewnego dnia wieża oberwała odłamkowym, bo ruskie wypatrzyli na niej obserwatora. Z obserwatora nic nie zostało, wieża się rozbiła. Dzisiaj jest odbudowana i nieco niższa od poprzedniej. Wisi na niej jakiś pocisk, lub łuska - nie wiem co bo wysoko Grey_Light_Colorz_PDT_08.
Kilka kilometrów od rzeczonej wsi jechałem kiedyś z ojcem rowerem. Przejeżdżając przez jakąś miejscowość dostrzegłem dużą mogiłę na cmentarzu. Po zrobieniu wywiadu wśród miejscowych ustaliłem że spoczywa tam kilku wrześniowców poległych na pobliskiej krzyżówce od bolszewickich kul. Po jakimś czasie "dokwaterowano" im kilku partyzantów.
Jakbym sobie jeszcze coś przypomniał to dam znać Grey_Light_Colorz_PDT_15.
Rzecz się działa w Poleskiej wsi, nieopodal rzeki Bug, oraz w okolicach - Czarnym Lesie, Brzezowym Kącie. Akcje zaczepne przeprowadzane były z dala od domu, a żywność rabowana była wyłącznie rusinom i ukraińcom. Polacy sami chętnie dawali, jeśli mieli co.
Pozdrawiam,
Tigo


Ostatnio zmieniony przez Gość dnia Nie 22:05, 30 Mar 2008, w całości zmieniany 1 raz
Gość
PostWysłany: Pon 6:30, 31 Mar 2008 Powrót do góry





Chciało ci się tyle pisać? Zresztą nieważne.Moja babcia też mówiła(tak mi się teraz przypomniało), że wszędzie po polach były rowy przeciwlotcicze, tu cytat " żeby jakby było bombardowanie to sie chłopy mieli kaj skryć" oraz miny. Dopiero jak ruskie przyszły to rozminowywały i te rowy zasypywali. Znaczy nie ruscy ale bieruniacy na ruski rozkaz. A już po wojnie babcia od jakiegoś czerwonoarmisty, który się do niej przystawiał, dostała BUDZIK. Ładny, pozlacany i dzwonił. Dalej u mnie w szafce stoi i tyka.
Pozdrawiam
Leszek
PostWysłany: Śro 19:59, 09 Kwi 2008 Powrót do góry

Dołączył: 06 Lip 2005

Posty: 1415
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Piekary Śląskie

Panowie wrzućcie na luz.

Posprzątałem i nie chce juz tu widzieć pyskówek, piszcie sobie na priva : )

pzdr
Zobacz profil autora
Gość
PostWysłany: Śro 20:46, 09 Kwi 2008 Powrót do góry





E na priva to już nie to samo Grey_Light_Colorz_PDT_02
ilbelfero
PostWysłany: Śro 21:32, 09 Kwi 2008 Powrót do góry

Dołączył: 26 Gru 2007

Posty: 913
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Tychy

Już niedługo za jakieś15-20 lat nie będzie od kogo wysłuchiwać bezpośrednich relacji o wojnie. Jesteśmy ostatnimi co mają taką możliwość. To taka uwaga na marginesie.
Zobacz profil autora
Ochotnik
PostWysłany: Śro 21:57, 09 Kwi 2008 Powrót do góry

Dołączył: 01 Sie 2006

Posty: 576
Przeczytał: 11 tematów

Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Zabrze :)

no dokładnie, dlatego trzeba to wykorzystac
Zobacz profil autora
Tomek
PostWysłany: Śro 22:16, 09 Kwi 2008 Powrót do góry

Dołączył: 22 Lut 2008

Posty: 1204
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Chropoców

Witam
A może znowu spotkanie z kombatantem, jak się zgodzi(bardzo niechętny) to opowie nam o zajęciu zaolzia. Znajomemu mówił że stacjonowali w bunkrze w którym był też szpital.
Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Zobacz profil autora
Gość
PostWysłany: Sob 21:41, 30 Maj 2009 Powrót do góry





Jeśli chodzi o mojego poprzedniego posta, to mam uzupełnienie pochodzące z ust Józefa Juszczyńskiego. Wiem że jego rodzina to sąsiedzi mojej Babki. Taka mała ciekawostka ze strony "http://tnn.pl/pamie.php":


"Pierwsi na nasze tereny przyjechali Rosjanie. 17 września. I pobyli trochę. Bardzo żeśmy byli zaskoczeni tym wojskiem. Mój dziadek posiadał taki sad, ponad hektar jabłoni, grusz, bardzo lubił to i gospodarzył i oni się zakwaterowali w tym sadzie. Rosjanie wszyscy byli z karabinami, w gotowości, żeby nas, „pamieszczyków”, bo tak nas nazywali, bogatszych gospodarzy „zniszczyć”. Ja byłem tym dwunastoletnim chłopakiem, więc tam między nimi przebywałem. Obraz nędzy był to, bo to kawaleria przyjechała ta rosyjska. Na pewno długo jechali, ale na koniach, na poduszkach, na pewno po drodze zrabowanych. Bez siodeł, tylko sznury albo jakieś pasy zamiast strzemion przygniatających tą poduszkę, czy koce, i tak to jechali w porwanych tych szynelach, jak oni nazywali. To był okropny widok. Nie było soli, nie było niczego, więc chodziłem do nich po sól, bo oni chcieli palić, "zakurić", a dziadek mój palił dobrze i on jeszcze jakieś tam miał zapasy. Za te papierosy otrzymywałem sól, a sól była zielona, taka jak się bydłu dawało. Później dowiedziałem się, że się bydłu pasze soliło, żeby smaczniejsza była ta pasza, w okresie zimowym. No, ale długo oni nie byli, bo później po porozumieniu, wycofali się i odeszli z powrotem, ale kilka dni, może do dwóch tygodni, został taki luz. Nie było ani Niemców, ani Rosjan. Rosjanie się cofnęli, a Niemcy jeszcze nie doszli."
Gość
PostWysłany: Sob 21:56, 30 Maj 2009 Powrót do góry





Hehehe. Odnośnie tego kapusia niemieckiego - dowiedziałem się całej prawdy z w/w strony:

"Sąsiad
To był Polak z Warszawy, u nas założył sobie sklep. A co on tam wyrabiał. To są makabryczne sytuacje, po prostu nie mieści się to w głowie, jak można było takie rzeczy robić. Któregoś dnia powiedział, że przywiózł sobie z Warszawy jakąś kuzynkę. I przywiózł taką dziewczynkę, która miała szesnaście lat. Ale jej nie wolno było nigdzie wychodzić. Tylko na ogród czasami. No więc ojciec mój do niego mówi: „Dlaczego?” „A bo ona się wstydzi”. „Bo ona jest niemowa”. A później ojciec spotkał ją, bo to było po sąsiedzku i pyta się: „Dziecko, czego ty tak tylko w tym ogrodzie?” - bo ona plewiła ten ogród. A ona mówi: „Bo mi tak kazali”. Czyli wydało się, że ona nie jest niemowa. Tak kazali. No i ona tam była z nimi, robiła swetry na drutach, taką służącą była ta dziewczyna. Później się okazało, że ta dziewczyna to była któraś tam wnuczka, tego Żyda z Parczewa. Z tego młyna. A jej chłopak, Żydek, był w partyzantce. Po pewnym czasie moja mama mówi tak: „Może byś mnie zrobiła sweter?” Mówi: „Ja bym zrobiła, ale to musi pan M. wiedzieć” - nie chciałbym jego nazwiska podawać, bo może jeszcze ktoś żyje z tych jego dzieci, bym jeszcze miał jakieś nieprzyjemności, bo dzieci i ona to całkiem byli odmienni, tylko to był taki wyrodek. Ponieważ on miał sklep, miał wszystkie materiały i towary spożywcze, wszystko co trzeba z Warszawy przychodziło, więc jemu tam dobrze się prowadziło. Wynajął te pomieszczenie i tam do niego przychodzili Niemcy. Dużo tam oni siedzieli, tam zawsze Niemców było pełno. On miał i radio, a normalnie to nie było możliwe, bo za radio to się szło do Oświęcimia. No więc, takie trochę podejrzenie było na wsi. I ja miałem takiego kolegę serdecznego, się nazywał Czesław Kunach, teraz zmarł, starszy był ode mnie o rok i myśmy lubili posiedzieć, porozmawiać, wieczorami szczególnie i w naszym gospodarstwie, ponieważ były dosyć takie ładne zabudowania, taki był spichlerz i na tym spichlerzu tam myśmy siedzieli i rozmawiali. I zobaczyliśmy, że u tego sąsiada coś się dzieje. A Czesław mówi tak: „Wiesz co Józek, ci Niemcy, i ci inni, to biorą tą dziewczynę, wprowadzają do szopy Melanichy, i w tej szopie, na sianie oni tam z nią harcują”. Ale jak ona zaszła w ciążę, to się okazało, że to jest Żydówka i trzeba było się rozstać, no więc jak? Zaprowadzić na komisariat i załatwiona sprawa. Ale żył ten jej chłopak, ten Żyd, który był w partyzantce. Któregoś dnia tak sobie siedzimy pod tym spichlerzem - a w tych okolicach rosły straszne duże liście dyni, wysokości do metra - jakieś zielone liście się ruszają. Okazało się, podnieśli się - głowy. Trzech chłopaków w zielonych kapeluszach, żeby ich nie było widać. I szybciutko polecieli do tego sklepiku, ale go nie spotkali. Chcieli spotkać się z nim. Za jakieś dwa tygodnie może minęło - drugi raz. I jego spotkali na chodniku, przed jego domem. I pytają się czy tu mieszka M. Mówi, że tam gdzieś. I wskazał, a sam uciekł w tym czasie. Pewnego razu, wieczorem to było, gdzieś już koło jedenastej, wracaliśmy z tym Czesławem od dziewczyn, bo tak mimo wszystko, sytuacja trudna, ale chłopaki z dziewczynami musieli się spotkać. I ja miałem przejście przez ulicę, a on miał prosto. I jak przeszedłem przez ulicę to zobaczyłem jakichś ludzi, ale uciekli. A ja spałem na sianie w szopie, bo to było łatwiej uciec w razie jakiejś łapanki, czy jakichś nieprzyjemności. A ze mną był taki z Żakowoli pan, który wyprawiał skory na kożuchy, a później szył całą zimę te kożuchy. I ja mówię: „Wiesz co, coś się będzie działo”. A co? Mówię, że jacyś ludzie są tutej. On mówi: „To cicho siedź”. Ponieważ stodoła była z desek pionowych, szczeliny takie dosyć duże, porozsychane, myśmy to dobrze obserwowali. Patrzymy, przebiegli ci, którzy tam przechodzili i za mną, no ale im wcale nie chodziło o mnie, tylko oni mieli inny cel i wpadli do tego sklepu, do tego pana, złapali go i za jakiś czas wyprowadzili do lasu, wzdłuż pola, z tego widać, że oni nie znali tego terenu, bo obok była droga, a oni poszli wzdłuż owsa. A ten sklepikarz jeszcze był tak cwany, że nabrał sobie gdzieś tam za koszulę chyba, cukierków. I coraz tam, ponieważ go trzymali z tyłu, jakoś wypuszczał, żeby był jakiś ślad, znaczył sobie. No ale dzieci rano pogoniły krowy na pastwisko, co który znalazł cukierek, to wziął, ale mimo wszystko trop znaleźli, bo to zboże było wytłoczone. Później, rano, mówią: zginął, zabrali. A to właśnie chłopak tej Żydówki tak o nią walczył. Mój tata był takim gajowym na lasy chłopskie - bo to strasznie kradli, także to trzeba było pilnować. No i po trzech miesiącach, może nawet nie było trzy miesiące, może miesiąc, trudno mi w tej chwili określić, to jeszcze było przed zimą, obchodził ten las, ponieważ tam były takie wiatrołomy powywracane, ogromne drzewa, sosny i wyrwane korzenie. On był przywiązany do tych korzeni, oni wzięli trzy ręczniki: jednym ręcznikiem zawiązali mu usta, innymi poprzywiązywali do korzeni i już go lisy zaczęły obrabiać naokoło. Ja tam tego nie widziałem, bo ojciec nie chciał, żebym to widział, zresztą zameldował o tym. No i tak się skończyła jego ta kariera. Ach, to była okropna sprawa! Mój ojciec to też drżał przed nim. Ten nauczyciel, Pietranik, który nas tam dokształcał, to też przez niego zginął, bo on wszystko znał. Były takie sytuacje, że ludzie szli z kościoła, przez łąki, a on potrafił dwóch Żydziaków, młodych chłopaków, dwadzieścia jeden lat, związanych paskiem, spodnie mu opadają, bo paskiem od spodni ich związał - pędził na komisariat, do SS, do Komarówki. Przez łąki. I z nożem takim masarskim, bo on był masażem. I coraz ich tam tym nożem... To przecież to były okropne rzeczy, co się działo. Ale nikt tam tym specjalnie się później nie zajmował."

"Pierwszy raz to się spotkałem ze śmiercią, jak weszli Niemcy, to jeden się przyznał, że ma broń, przewalili całą stodołę i tam na spodzie - karabin miał, czeski, bez naboi, bez niczego, ale zabrali go i zabrali ze wsi, może sto, może sto pięćdziesiąt osób, mężczyzn, a on przed nimi szedł tutaj, jak dziś pamiętam, bez czapek wszyscy tak. Zaprowadzili pod takie wzniesienie, takie wyższe było, żeby jak strzały padały, to w ziemie wbijały się, żeby tam gdzieś daleko kogoś nie zranić. Kazali mu iść i pięciu takich stanęło, pięciu walnęło, zabili go. To było ogromne pierwsze przeżycie." - sytruację opisałem też w swoim poście

Nazwisko tego człowieka jest mi znane, ale ujawniać go nie będę, ponieważ jego żona po wojnie okazała się bardzo dobrą kobietą i niechciałbym szerzyć jakiejś niechęci do niej. Zresztą gdyby autor chciał, to podałby je do wiadomości.


Ostatnio zmieniony przez Gość dnia Sob 22:01, 30 Maj 2009, w całości zmieniany 1 raz
gość
PostWysłany: Nie 9:20, 31 Maj 2009 Powrót do góry

Dołączył: 14 Cze 2008

Posty: 829
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/2

Ja dołączę relacje z Rudy Śląskiej kiedy w styczniu Niemcy właśnie tamtędy się wycofywali. Przez Śląsk szli skośnoocy ruscy z za Kaukazu wg. opowiadań dorwali Niemców na terenie Szybu Artura i dalej na północ. Ustawili ich w rzędach nad dołami po działach 88mm i rozstrzeliwali ich w całym lesie. Rozstrzelano ich tam ok 1000. Dziadek opowiadał że w rowach przy ulicach leżały trupy Niemców zamarznięte na kość. Cywile musieli zorganizować sobie sanki i zwozić ich na pobliski cmentarz gdzie układano ich w stosy i grzebano w masowym grobie. Przed tym 2 Niemców zatrzymało się u Dziadka w domu, pamiętał że byli czyści, nosili bielutkie kalesony i jak odjechali zostawili czekoladę i wiele innych rzeczy. Niedawno w lesie odbyła się ekshumacja i wyciągnięto ok 50 Niemców. Niestety cała robota została spartaczona i później w tym miejscu wychodziły różne fanty jak portfele, nieśmiertelniki, pieniądze, fragmenty ubrań i wyszedł nawet cały walther PPK.(znalazca tego walthera zaniósł go na policje i miał przez to kłopoty)(BEZ KOPANIA, leżały sobie po prostu) Do dziś w lesie spoczywa w nieoznakowanych miejscach kilkuset Niemców. Wiem gdzie są te miejsca też z relacji naocznych świadków. Grey_Light_Colorz_PDT_15

Ostatnio zmieniony przez gość dnia Nie 9:34, 31 Maj 2009, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
Gość
PostWysłany: Nie 13:01, 31 Maj 2009 Powrót do góry





Kawalerski obyczaj - jeńców i rannych nie dobijać! Ale gdzie tam tej czerwonej hołocie do rycerskich zwyczajów... zresztą germańcy też się nie popisywali.
Wiesz może czy próbowali ustalać nazwiska tych ludzi z masowej mogiły?
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum ProFortalicium Strona Główna -> Z innej beczki Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB :: phore theme by Kisioł. Bearshare